Na szczycie pokrytej grubą warstwą kurzu szafy siedział nieduży anioł. Prawie nie było go widać zza rozmaitych pudełek ułożonych w wysokie stosiki. Poza tym był szary. Nie wiadomo, czy po prostu taki był, czy popielaty nalot na skrzydłach stał się wynikiem unoszącego się w powietrzu i opadającego także na jego postać wszędobylskiego kurzu. Ogólnie nie sprawiał najlepszego wrażenia. W niczym nie przypominał swoich świetlistych anielskich braci pełnych blasku i dostojeństwa. Nie miał wspaniałych skrzydeł, ani pięknej szaty. Nosił zwykłe dżinsy i sportową koszulkę, miał zmierzwione włosy i tylko sterczące u ramion nieco nastroszone skrzydełka pozwalały pojąć, że nie jest to zwyczajny chłopiec, ale anioł.
Na imię mu było Feliks, co sam uznawał za drwinę, albowiem czego jak czego, ale szczęścia w potocznym tego słowa znaczeniu, w anielskim Feliksie nie było. Nie biegał po rajskich łąkach, nie spotykał się z innymi aniołami przy kielichu niebiańskiego nektaru, nie dzielił się z innymi swoimi kłopotami i sukcesami. Był samotnikiem. Podobnie jak jego podopieczny, z którym przez lata nauczył się dzielić niewielką przestrzeń zakurzonego pokoju.
Feliks nie potrzebował towarzystwa, unikał rozrywek anielskiego pospólstwa, niechętnie także stawiał się na walne anielskie zgromadzenia. Radził sobie sam i nie zważał na to, co o nim myślą inni. Od czasu do czasu jedynie wymieniał cieplejsze pozdrowienia z Aniołem Dobrych Myśli. Nie to, żeby go lubił albo zabiegał o jego względy, ale ten gość na swój sposób był mu bliski, albowiem częściej niż inni przekraczał dosyć sztywno wytyczone granice anielskiego światka. Anioł Dobrych Myśli zawsze spoglądał na Feliksa z delikatnym uśmiechem na ustach, a w jego oczach błyszczało zrozumienie dla odmienności Feliksa. Docierały do niego plotki o tym, że Feliks nie ma łatwego zadania jako Anioł Stróż i nawet dziwił się Najwyższemu, że zdecydował się na stworzenie takiej anielsko-ziemskiej pary dziwaków.
Podopieczny Feliksa – Łukasz Fart, nie wzbudzał zdumienia postronnych obserwatorów, nie wyglądał na odmieńca, zachowywał się zwyczajnie. Był przystojnym, młodym mężczyzną. W twarzy o regularnych rysach błyszczały inteligencją ciemne oczy, a gęste, dosyć długie włosy łagodnie opadały mu na kark, podkreślając interesującą bladość cery. Wysoki, szczupły, zgrabny, zawsze wyprostowany, nosił się z nonszalancką elegancją. Rzadko się jednak uśmiechał i to chmurne nieco oblicze powodowało, że wytwarzał się wokół niego naturalny dystans, który Łukaszowi Fartowi absolutnie nie przeszkadzał. Nie zależało mu bowiem na nawiązywaniu kontaktów z innymi ludźmi. On sam dokładnie nie wiedział, kiedy przestało mu na tym zależeć? Może wtedy, kiedy po raz pierwszy uświadomił sobie, że różni się od swoich kolegów przede wszystkim możliwościami umysłu. Uczył się bowiem szybko różnych rzeczy, jeszcze szybciej się nimi nudził. Najpierw szukał nowych fascynacji, a potem przestał. Zaprzyjaźnił się z poczuciem nudy, swoistego bezruchu, zastygł w swojej skorupie.
Tak naprawdę nikt Łukasza Farta nie znał do końca. Pokazywał innym tylko to, co chciał i kiedy chciał. Potrafił być uroczy, choć rzadko mu się to zdarzało. Znacznie częściej okazywał ludziom obojętność, a tym, których od czasu do czasu dopuszczał do siebie bliżej, dezaprobatę. Był bardzo wymagający i trudno go było zadowolić. Słowami potrafił ciąć jak mieczem. Mroził swoich rozmówców logiką rozumowania, błyskotliwą inteligencją i wyrafinowaną złośliwością. Kiedy ktoś ośmielił się mu przeciwstawić, mógł być pewien, że spotka się z błyskawicznym kontratakiem. Poza tym Łukasz Fart nie zapominał tego faktu i skrzętnie zapisywał go w pamięci. Niełatwo było go zadowolić, nie wybaczał wyrządzonych mu krzywd. Skorupa, w której się chował z roku na rok była twardsza.
Tylko Feliks wiedział, że Łukasz potrafi płakać, zżymać się sam ze sobą i cierpieć w swojej samotności. Anioł wtedy cierpiał razem z nim, ale jakoś nie potrafił pomóc. Mało tego, miał poczucie winy, bo to on budził w swoim podopiecznym uczucia, których ten nie chciał i konsekwentnie je odrzucał. Feliks jednak czuł w swoim anielskim sumieniu, że nie może dopuścić do sytuacji, w której Łukasz całkowicie zatraci najlepsze cechy swojego charakteru. Dlatego, kiedy mężczyzna zasypiał w swoim zakurzonym światku, siadał u wezgłowia rozklekotanej wersalki, rozpościerał skrzydła, które wtedy nabierały nadzwyczajnego blasku i przypominał Łukaszowi najlepsze chwile jego życia. Sięgał daleko wstecz, czasem aż do czasu, który Łukasz spędził w łonie matki. Przypominał mu ogrom miłości, który spływał na niego, kiedy był niemowlęciem, kiedy rósł otoczony podziwem i dumą swoich rodziców i reszty rodziny. Przypominał mu ciepło matczynej piersi, łagodny ruch kołyszących ramion i cichy głos: „Kocham cię moja kropelko”.
***
Magdalena Fart – matka Łukasza siedziała przy kuchennym stole i wpatrywała się w zamknięte drzwi pokoju swojego jedynaka. Dla niej to nie były zwyczajne drzwi. Dla niej to była granica, zapora, którą Łukasz odgradzał się od niej od wielu lat. Był tak niedaleko, a jej byłoby chyba łatwiej, gdyby był na drugim końcu świata. Kobieta wpatrywała się w te drzwi z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony pragnęła, żeby się otworzyły i jej syn stanął na progu, a z drugiej strony bała się tego. Łukasz bowiem, nawet wtedy, kiedy w ciągu dnia otwierał drzwi, to nigdy po to, by wesoło pozdrowić matkę. Albo w ogóle się nie odzywał na jej widok, albo zwięźle formułował pytanie, na które chciał usłyszeć odpowiedź. To pytanie nie było najgorsze, jeśli dotyczyło rzeczy zwykłych. Odpowiadała wtedy równie zwięźle, zawsze cicho i spokojnie, aby nie pokazać, jakie emocje nią targają za każdym razem. Trudniej było zdecydowanie, kiedy syn przedstawiał w typowy dla siebie sarkastyczny sposób jakiś problem. Zazwyczaj dotyczył on partnera Magdaleny, którego Łukasz szczerze nienawidził. W takich chwilach serce Magdy ściskało imadło lęku, głos grzązł w gardle, a umysł gorączkowo opracowywał strategię postępowania, której celem było zachowanie spokoju za wszelką cenę. Sztukę defensywy opanowała do perfekcji. Unikała konfrontacji. Z czasem zapomniała, że kiedyś dawno była odważną dziewczyną, która z przekonaniem umiała walczyć o swoje racje. Zresztą zapomniała o wielu rzeczach, o których kiedyś marzyła, których chciała, które obiecywała sobie zdobyć, żeby nie wiem, co.
Fantazy – Anioł Stróż Magdaleny siedział na krześle pod oknem i przypatrywał się kobiecie z uwagą i troską. Magdalena nie sprawiała mu wielu kłopotów. No może wtedy, kiedy studiowała, przytrafiło jej się przeżyć kilka przygód, ale była wtedy taka szczęśliwa, taka wolna, że ratowanie jej z opresji było dla Fantazego prawdziwą przyjemnością. To był jednak krótki czas. Magda bardzo szybko powróciła do swojej opanowanej, zrównoważonej wersji samej siebie. Musiała wrócić, bo jej matka nie zaakceptowałaby innej wersji córki. A Magdalena nigdy nie chciała martwić swojej matki. Fantazy nie narzekał specjalnie na taki obrót sprawy, choć chwilami żal mu było naturalnej radości swojej podopiecznej, którą ta chowała coraz głębiej i głębiej, zostawiając ją na naprawdę wielkie okazje. Taką właśnie okazją były narodziny Łukaszka. Nigdy nie zapomniała głosu położnej, która oznajmiła jej z satysfakcją: „No, mamusiu, masz zdrowego synka” Pamiętała też, co sama odpowiedziała: To chłopiec? Przecież miała być dziewczynka”. Przez całą ciążę, Magdalena była przekonana, że urodzi dziewczynkę. Badania USG nie były wtedy popularne, zatem pojawienie się na świecie jej chłopczyka były cudowną niespodzianką.
Mam syna – coś krzyczało jej w głowie. Wychowam go na swojego obrońcę. Będę przy nim bezpieczna.
Nie udało się....
Cdn...

Ciekawie się zapowiada 🙂
OdpowiedzUsuńAno zobaczymy, czy się spodoba ?
Usuńzapowiada się ciekawie, czekam na dalszy ciąg
OdpowiedzUsuńCiąg dalszy nastąpi niebawem 😍
UsuńZaczęłam czytać, niesamowita jesteś.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że Ci się podoba 🥰
Usuń