Weronika Bluszcz patrzyła z odrazą na swoje odbicie w lustrze. Osobisty gadacz w jej głowie nabierał coraz większych obrotów w swej złośliwej tyradzie:
- Nigdy w życiu nie schudniesz!
- I co z tego, że zaliczyłaś tyle diet. Przecież nigdy na żadnej nie wytrzymałaś dłużej niż miesiąc.
- Gruba byłaś, gruba jesteś i gruba pozostaniesz.
- Nikt cię nie zechce, nikt się tobą nie zachwyci.
- Jesteś beznadziejna, do niczego się nie nadajesz.
Dziewczyna patrzyła w lustro długo. Gadacz wreszcie umilkł, a w sercu pojawił się żal i spłynął łzami po policzkach. Wzrok prześlizgiwał się po obfitym biuście i krągłych biodrach, zahaczył o lekko odstający brzuch, ocenił srogo pełne uda, wreszcie dotknął pulchnego policzka. Usta Weroniki wykrzywiły się w płaczliwym grymasie. Wiedziała, że jest brzydka, tłusta i nie ma co liczyć na szczęście w życiu z takim wyglądem.
Juliusz - Anioł Stróż Weroniki stał obok lustra, w którym dziewczyna się przeglądała. Patrzył na swoją podopieczną z ogromną miłością. Jego oczom przedstawiał się obraz zgoła inny niż widziała to Weronika. Widział piękną młodą kobietę, z której tryskało zdrowie. Zgrabne, jędrne ciało, pełne rozkosznych zagłębień i krągłości powlekała wzorzysta, letnia sukienka w kolorze truskawkowej czerwieni. Burza włosów w kolorze miodowego blondu okalała twarz o lekko nieregularnych rysach, które jednakże czyniły ją oryginalną i niepowtarzalną w swym uroku. Kiedy dziewczyna się uśmiechała, w policzkach ukazywały się dołeczki, a w oczach figlarne błyski. Oczy też były piękne. Dosyć głęboko osadzone pod ładnie sklepionymi łukami brwi, miały kolor laskowego orzecha z drobnymi złotymi cętkami na źrenicach. Drobne, ale kształtne usta często rozchylające się w uśmiechu, ukazywały białe, zdrowe ząbki. Juliusz był zachwycony wyglądem Weroniki. Szczycił się wśród anielskiej braci jej urodą i zupełnie nie rozumiał, dlaczego jego kochana dziewczynka płacze, spoglądając na swoje lustrzane odbicie. A już fakt, że patrzy na siebie z obrzydzeniem napawał go dalekimi od zadowolenia odczuciami. Czuł w prawym skrzydle delikatne drżenie, a to niezawodnie zapowiadało nadchodzące kłopoty.
Weronika płakała. Po policzkach toczyły się łzy bezradności. Nie akceptowała siebie. Nie potrafiła pogodzić się z tym, że nie wygląda jak modelka na wybiegu. Nigdy nie była szczupła, a do prawie anorektycznej chudości dziewcząt na wybiegach było jej bardzo daleko. Od dziecka była pulpecikiem, potem pulpetem, a teraz była po prostu pasztetem. Tak, właśnie pasztetem. To określenie usłyszała, kiedy mijała w parku grupę młodych mężczyzn rozpartych na ławce i sączących piwko z puszek ukrytych w papierowych torebkach. Biegła wtedy prawie, bo spieszyła się do domu. Czekała na nią zawsze skrzywiona i niezadowolona z życia matka. Weronika nie chciała jej drażnić, żeby nie narazić się na wyrzuty, mówione tonem pełnym skargi. Tkwiące w niej od czasów dzieciństwa poczucie winy pod wpływem płaczliwych uwag rodzicielki urastało do wielkości głazu, który przygważdżał Weronikę do ziemi i nie pozwalał lekko oddychać. I właśnie wtedy, gdy bardzo szybkim krokiem kroczyła parkową alejką, usłyszała rechot i wyrzucone obleśnym tonem słowa: „Patrzcie na ten biuściasty pasztet. Zaraz sobie cyckami oczka popodbija”. Była w tych słowach nie tylko pogarda, ale też obrzydliwa pożądliwość, która uderzyła w dziewczynę tak mocno, że zatrzymała się na chwilę i spojrzała na tego, który to powiedział. Jej oczy zarejestrowały wysoką postać młodego człowieka ubranego schludnie, choć nie najmodniej. Na oczy spadała mu grzywka ciemnych włosów, trochę przydługich, ale to akurat dodawało mu sporo uroku. Za to spojrzenie, jakim obrzucał Weronikę, było pełne pogardy. Ciemnozielone tęczówki odbijały w sobie światło zachodzącego słońca i były pełne złotych punkcików. Weronika nigdy nie widziała takich pięknych oczu. Tyle, że te oczy były złe, tak złe, że dziewczynę przeszył dreszcz strachu. Przez ułamek sekundy poczuła chęć ucieczki, ale nie zrobiła tego. Zapatrzyła się w te oczy i jej serce poruszyło się w klatce piersiowej niczym ptak. Wydało jej się, że przenika przez warstwę zła w oczach chłopaka i dociera do szmaragdowej toni, w której jest tylko ciepło i ukojenie. Wszystko to trwało kilka sekund i może trwałoby dłużej, ale wtedy Weronika usłyszała: "I co się gapisz głupia krowo! Zmykaj do obory, zaraz dojenie!" To było bardzo otrzeźwiające. Dziewczyna odwróciła się na pięcie i teraz już biegiem ruszyła przed siebie żegnana rechotliwym śmiechem chłopaków. Nie zobaczyła już, że ten, który rzucił w jej stronę obelgę, nie śmiał się razem ze swoimi kolegami. Zagryzał nerwowo dolną wargę i patrzył w ziemię.
Juliusz, który był świadkiem tego wydarzenia, poczuł, że skończył się dla niego okres względnego spokoju. Jego, zazwyczaj jasne, czoło przecięła zmarszczka, a pogodna twarz zachmurzyła się. Anioł wiedział, jak mocno Weronika przeżyła to dziwne spotkanie. Wiedział też, że żadna z bolesnych uwag matki Weroniki nie dopiekła jej tak, jak to, co usłyszała od Macieja, bo tak chłopak miał na imię. Juliusz znał, choć niezbyt dobrze, Anastazego – Anioła Stróża Maćka. Wiedział, że chłopak nie ma łatwego życia z ojcem pijącym zbyt dużo, że dwa lata temu zmarła mu ukochana mama, że cały dom jest na jego głowie i nikt mu nie pomaga w dźwiganiu na barkach tego brzemienia. Wiedział też, że gorycz niechcianego losu zatruwa mu serce i duszę, a żal do matki, za to, że umarła, przerodził się w niechęć do kobiet. Anastazy twierdził, że jego podopieczny nie jest zły i Juliusz mu wierzył, ale nie życzył swojej Weronisi kolejnej osoby w jej życiu, która będzie ją dręczyć tak, jak to robiła Emilia.
A teraz Juliusz opierał się o ścianę w pokoju Weroniki i ze smutkiem patrzył, jak dziewczyna płacze. Rozpacz wisiała jej nad głową jak czarna chmura, a w tej chmurze jak błyskawica jaśniał na czerwono napis - głupi pasztet, głupia krowa !!! I kto to dziewczynie uczynił ? Ludzie, których dziewczyna kochała i dla których była w stanie zrobić wiele, pomimo tego, że traktowali ją jak istotę gorszego sortu. Pierwszy człon napisu wyryła w duszy Weroniki – matka. Każdą próbę zaistnienia Weroniki, w wymiarze innym niż posłusznej córki, kwitowała zdaniem: „Głupia jesteś”. I o ile Weronika nauczyła się już nie rozdzierać swojego serca, słysząc to od Emilii, o tyle pasztet i krowa autorstwa Maćka paliły jej duszę żywym ogniem. Dlaczego? W świecie Weroniki panował kult szczupłego ciała. W mediach, w szkole, w pracy liczyły się tylko piękne kobiety, które nie miały na sobie grama zbędnego tłuszczu. A zresztą, mogły być nawet brzydkie, byle były chude. Mówiło się wtedy, że mają niebanalną urodę. Weronika nie raz i nie dwa słyszała, że buzię to ma nawet ładną, ale nadmiar kilogramów zdecydowanie ją dyskwalifikuje w wielu dziedzinach życia. Słowa nieznanego chłopaka tylko to potwierdzały. Nie zasługiwała na podziw, na uznanie, na komplementy, była beznadziejna. I najgorsze było to, że dziewczyna w to święcie wierzyła.
W głębi mieszkania odezwał się płaczliwy głos: „Weronka! Weronka, gdzie ty się podziewasz? No, tak… Jak biedna, stara matka potrzebuje pomocy, to tej dziewczyny nigdy nie ma w pobliżu” – głos zabrzmiał teraz gderliwie.
Weronika otarła łzy, spojrzała z niechęcią w lustro i widząc odbicie czerwonych, zapuchniętych oczu, aż wzdrygnęła się z odrazy. Nie chciała się narazić na pytania matki, ale głos Emilii zabrzmiał w progu pokoju: „A, tu jesteś, wyrodne dziecko! Nie słyszysz, jak cię wołam od godziny? Już myślałam, że znowu gdzieś się włóczysz bez celu.”
Dziewczyna z niepokojem zerknęła na swoją matkę. Jej spojrzenie napotkało spojrzenie mocno poturbowanej przez wiek kobiety, która jednakże zachowała resztki swojej urody. Emilia była dosyć wysoką kobietą o mocno zaokrąglonych kształtach. Ubrana raczej niechlujnie, aczkolwiek rzeczy, które miała na sobie zdradzały całkiem dobry gatunek. Włosy były siwe, ale ładnie okalały owalną twarz, w której królowały teraz przygaszone, ale niewątpliwie piękne oczy. Usta ładnie wykrojone, teraz wykrzywione w grymasie goryczy wyrzucały z siebie w kierunku dziewczyny gorzkie słowa pretensji. Weronika jednak milczała. To zdziwiło Emilię i baczniej przyjrzała się swojej córce. Dostrzegła oczy czerwone od płaczu, smugę rozmazanego tuszu na policzku i przez krótką chwilę chciała dziewczynę do siebie przytulić. Chwila jednak była krótka. Zatrzepotała jak motyl w umyśle kobiety i szybko odfrunęła. Odwróciła się i rzuciła przez ramię: „Herbaty mi zrób i przynieś do pokoju. A o biszkoptach nie zapomnij”.
Juliusz z wyrzutem spojrzał na Walerego – Anioła Stróża Emilii. Ten jednak tylko nerwowo zawachlował skrzydłami i podążył znużonym krokiem za swoją podopieczną. Podobnie, jak Juliusz o Weronikę, Walery martwił się o Emilię. Na dodatek z niepokojem dostrzegał, że jeśli coś się nie zmieni, to śliczna Weronika podąży śladem swojej matki. Nie mówił tego Juliuszowi, mając nadzieję, że ten sam wreszcie zauważy, że nic nie idzie we właściwym kierunku.
Weronika poczłapała do kuchni. Wyjęła z szafki ulubiony kubek matki. Był biały w delikatne fiołki, a brzeżki i uszko miał złote. Emilia była bardzo przywiązana do tego kubeczka. Strzegła go jak źrenicy oka i Weronika nie chciała być w swojej skórze, gdyby naczynko, nie daj Panie Boże się stłukło, czy nawet wyszczerbiło. Dlatego z wielką ostrożnością nasypała na jego dno pół łyżeczki czarnej herbaty, zalała wrzątkiem i poczekała aż suche listki nasiąkną wodą i opadną na dno kubka. Potem postawiła kubek na tacy obok cukierniczki i talerzyka, na którym ułożyła biszkopty i podążyła do pokoju Emilii .
Cdn...

🙂😘
OdpowiedzUsuń💞💞💞
Usuńfajne to...:) Czekam na więcej...
OdpowiedzUsuń🥰 ciąg dalszy nastąpi 😘
Usuń