Nie zdziwiła się, kiedy zobaczyła swoją matkę siedzącą na fotelu i wgapiającą się w ekran telewizora. Migały na nim postacie z jakiegoś serialu. Weronika nie wiedziała nawet jakiego, bo tyle ich było. Odkąd Emilia otrzymała rentę, nie robiła wiele ponad ciągłe oglądanie telewizji. Uznała bowiem, że skoro jej zdrowie jest zagrożone, to nie powinna się wysilać. W końcu miała córkę, która prała, sprzątała, gotowała, a nawet całkiem dobrze zarabiała w tej swojej pracy. Weronika czasu na oglądanie seriali nie miała. Matka nic nie robiła, ale wiele wymagała, przede wszystkim od swojej córki. Dziewczyna nie miała czasu dla siebie. Poruszała się na wahadle – praca- dom, dom-praca i chwilami miała wrażenie, że to wahadło rozbije jej głowę. Nie myślała o sobie, chwilami jej się wydawało, że jej po prostu nie ma, są za to potrzeby ludzi, z którymi stykała się na co dzień. Zawsze tak było.
Od wczesnego dzieciństwa Emilia wpajała swojej córce, że trzeba być grzecznym, uległym, nie wolno się wychylać, bo to się nie opłaca. Powtarzała zawsze: Pamiętaj, Weroniko – pokorne cielę dwie krowy ssie. Ja Cię urodziłam i ja wiem, co dla ciebie jest najlepsze. Dlatego słuchaj mnie i bądź posłuszna”. I jakby wyczuwając ducha przekory w dziewczynce, wyciągała z szuflady czekoladki, głaskała ją po głowie i tym sposobem obłaskawiała jak zwierzątko. Z czasem duch przekory w Weronice schował się bardzo głęboko i dziewczyna zapomniała o jego istnieniu. Emilia doskonale wiedziała, co robi. Przywiązywała do siebie Weronikę niewidzialnymi nitkami dziwnych przekonań, wpisywała ją w wygodne dla siebie schematy, bo tylko tak mogła sobie zapewnić obecność i pomoc córki na następne lata… Z czasem z ulgą zauważyła, że dziewczyna nie ma własnego życia, z nikim się nie przyjaźni, zaniedbuje swoje potrzeby i spełnia się w prowadzeniu domu i dogadzaniu własnej matce. Najtrudniej było, kiedy dziewczyna poszła na studia. Emilia bała się, że Weronika pozna tam jakiegoś niezgułę, który się z nią ożeni i wtedy niewykluczone, że zajmie miejsce Emilii. Może i tak by się stało, gdyby uczelnia znajdowała się w innej miejscowości, ale na szczęście Emilii, mieszkały w mieście akademickim. Ten fakt zdecydowanie ograniczył możliwości dziewczyny. Nie chodziła na imprezy, nie uciekała z zajęć, egzaminy zaliczała bez przeszkód, na chłopaków nie zwracała szczególnej uwagi, będąc przekonana o braku atrakcyjności. Słodycze, jedyna słabość, na którą otrzymywała od matki przyzwolenie, zrobiły swoje i Weronika była krągłą, niewpisująca się w normy urody dziewczyną. Gdyby była uważniejsza, gdyby rozglądała się na boki, pewnie nieraz zauważyłby błysk zainteresowania w oczach mijanych na korytarzach i placach uczelni młodych mężczyzn. Weronika była pulchna, ale jędrna, miała śliczne włosy, miłą, uśmiechniętą twarz, a kolorowe luźne sukienki ładnie podkreślały jej urok i wdzięk. Niestety, dziewczyna tego nie dostrzegała, a brak czasu nie pomagał. A poza tym ciągle dźwięczał jej w głowie głos matki : „Weroniko, nigdy nie ufaj żadnemu mężczyźnie. Oni myślą tylko o jednym. Jak to zdobędą, przestają się interesować kobietą.” Oprócz tego odzywało się jeszcze jedno powiedzenie Emilii : „Na szczęście jesteś gruba, a mężczyźni wolą szczupłe kobiety” . W umyśle Weroniki błąkała się od czasu do czasu myśl, że matka może nie do końca ma rację, ale nigdy nie narodził się pomysł, żeby dokładniej sprawdzić, jak jest faktycznie. I tym sposobem Weronika bezkolizyjnie i szybko skończyła studia, potem szybko znalazła zatrudnienie w firmie, gdzie pracowały głównie kobiety i tym samym pajęcza sieć coraz mocniej przywiązywała ją do matki.
Tego dnia, kiedy słowa nieznajomego chłopaka, a może raczej młodego mężczyzny uderzyły Weronikę jak batem, coś w dziewczynie pękło. Niby nic się nie stało, ale narastała w niej fala buntu, niezgody na świat, w którym żyje. Kochała swoją matkę, najchętniej nieba by jej przychyliła, byle tylko zobaczyć uśmiech w jej oczach, ale czuła, że coś tutaj jest potężnie nie tak, że coś jej w duszy nabrzmiewa i chce się wydostać za wszelką cenę.
Emilia oderwała na chwilę wzrok od telewizora i spojrzała na córkę. Widziała w jej rękach tacę, na której stał ulubiony kubek z aromatyczną herbatą, czuła słodki zapach świeżych biszkoptów i ten widok spowodował, że uśmiechnęła się z zadowoleniem. Nagle stało się coś, czego ani Weronika nie planowała, ani Emilia nie oczekiwała. Dłonie dziewczyny puściły tacę, a jej zawartość uderzyła z trzaskiem o podłogę. Kubek we fiołki pękł na kilka kawałków, herbata rozlała się wdzięcznie w dużą plamę i zaczęła wsiąkać w rozsypane biszkopty. Weronika z otwartymi ustami wpatrywała się w to, co leżało u jej stóp, po czym pochyliła się i ujęła w dłoń pozłacane porcelanowe uszko i spojrzała na matkę.
Emilia otwierała i zamykała usta jak ryba wyrzucona z wody na brzeg, a po chwili zasyczała głosem złowrogim : „Coś ty zrobiła, niezdaro? Co zrobiłaś głupia dziewucho? Czy już tak bardzo ciąży ci to tłuste dupsko, że nie potrafisz się zręcznie poruszać? Czy ja nie zasługuję na chwilę spokoju i skromnej przyjemności? Jak mogłaś stłuc mój ulubiony kubeczek, moją jedyną pamiątkę, po, po…” I w tym momencie umilkła, a jej dłoń mimowolnie zakryła usta w celu zatrzymania potoku słów.
Weronika natomiast stała bez ruchu, ściskając w dłoni złote uszko, a w jej głowie jak mantra powtarzały się słowa: „krowa, pasztet, tłuste dupsko, głupia dziewucha”. Trzymane w dłoni uszko kubka boleśnie kaleczyło wnętrze jej dłoni, a ciepła krew zaczęła kapać na podłogę. Weronika popatrzyła na czerwone krople krwi ściekające jej wzdłuż wewnętrznej strony nadgarstka i zaczęła krzyczeć. Krzyk wysoki i przenikliwy wibrował w powietrzu pokoju, wydobywał się przez półotwarte okno na zewnątrz i niósł daleko, daleko pod chmury, przechodząc w końcu z wysokiego tonu w cichy skowyt zranionego zwierzęcia…
Cdn...

Komentarze
Prześlij komentarz