W niedzielę we wsi odbywał się odpust i towarzyszył mu jarmark. Po uroczystej sumie Nowakowie w towarzystwie Emilii poszli oglądać stoiska, na których okoliczni kupcy porozkładali swoje towary. Dziewczyna z zainteresowaniem przyglądała się tanim, tandetnym ozdobom i zabawkom, o których kupienie dzieciaki błagały swoich rodziców, oglądała chustki wykończone frędzlami i podziwiała to barwne widowisko mające swój niezaprzeczalny urok tak obcy miejskiemu światu, w którym wyrosła. Jej uwagę przykuł kram ze starociami. Czego tam nie było. Jakieś powyszczerbiane talerze, stare zegarki, zdekompletowane sztućce, oleodruki i całe mnóstwo innych drobiazgów. Wśród nich dostrzegła porcelanowy kubek – biały w delikatny kwiatowy wzorek ze złoceniami na obrzeżach i smukłym uszku. Złapała za to uszko, podniosła kubek i dostrzegła, jak słońce prześwietla cienką porcelanę. „Jaki piękny” - szepnęła do siebie i odłożyła go z lekkim wahaniem na miejsce. Nie widziała, że zza drzewa przygląda się jej Janek. Chłopak schował się za grubym pniem przykościelnej lipy i z nieukrywanym zachwytem przyglądał się Emilce. Dziewczyna miała na sobie prześliczną białą sukienkę, mocno dopasowaną w talii i rozkloszowaną na biodrach. Ciężki materiał falował wokół tych krągłości, odsłaniając zgrabne nogi w czerwonych pantofelkach. Z kolorem bucików korespondowała karminowa lamówka dekoltu i dobrane do niej ozdobne guziczki biegnące od rozkosznego zagłębienia piersi aż do pasa. Ciemne włosy lśniącą falą opadały na ramiona, podtrzymane jedynie krwistoczerwoną spinką przy skroni.
Dziewczyna, której od dłuższego już czasu się przyglądał, była inna od wszystkich znajomych mu kobiet. Im dłużej patrzył, tym bardziej brakowało mu tchu. Był w niej jakiś dziwny urok, magia i chłopak zupełnie nie wiedział, jak się przed nim uchronić. I chyba nawet tego nie chciał. Kiedy Emilka oddaliła się od kramu, poczekał jeszcze chwilę, po czym podszedł szybko do sprzedawcy staroci i nie targując się zupełnie, zakupił kubek, który spodobał się dziewczynie.
W ten odpustowy ciepły, niedzielny wieczór Nowakowie zasiedli przed domem, żeby nasycić się urokiem świata. Na drewnianej ławie pyszniły się w salaterce maliny, a drożdżowe ciasto z wiśniami i kruszonką upieczone przez ciocię Hanię drażniło nozdrza swoim aromatem. To było ostatni wieczór Emilii u wujostwa. Dobrze jej tu było. Nabrała sił, opaliła się, uspokoiła. Jutro miał po nią przyjechać ojciec i Emilia cieszyła się na powrót do domu. Tęskniła do gwaru miasta, do koleżanek, swojego pokoju. Nie chciała się nawet sama przed sobą przyznać do tego, że tylko jednego będzie jej żal. Próbowała to z siebie wyrzucić, ale w najgłębszym zakątku duszy schowała wspomnienie zielonych oczu niegrzecznego chłopaka, które pod wpływem jej spojrzenia zamigotały głębią zrozumienia i czegoś jeszcze ? Zainteresowania, fascynacji, skruchy? Trudno, pomyślała dziewczyna i pożegnawszy się z ciocią Hanią i wujem Stefanem, poszła się pakować przed jutrzejszym wyjazdem. Zajęta składaniem swoich rzeczy, nie dostrzegła, że słońce już schowało się za horyzontem i na niebie pojawiał się sierp księżyca. W pewnym momencie usłyszała jakiś dziwny dźwięk. Ni to stukanie, ni drapanie w szybę okna. Przestraszyła się, ale zbliżyła do źródła dziwnych odgłosów. Wtedy za oknem zobaczyła czyjąś postać i usłyszała cichy głos: "Emilio, nie bój się. To ja, Janek od Chorwatów. Przyszedłem cię przeprosić za swoje zachowanie. Czy możesz wyjść na chwilę do sadu? Bardzo cię proszę, bardzo."
Dziewczyna zadrżała, ale nie krzyknęła, nie zawołała wuja na pomoc. Dziwna, niezrozumiała dla niej siła popchnęła ją ku drzwiom pokoju, kazała po cichutku wyjść z domu i powoli zbliżyć się do majaczącej w ciemności postaci. Wcześniej widziała chłopaka z dosyć daleka, a teraz całą sobą poczuła jego obecność. Był wysoki i barczysty, emanowała z niego siła i coś jeszcze, czego Emilia nie umiała rozpoznać.
Janek drżał. Młoda kobieta krocząca ku niemu powoli i ostrożnie nie miała pojęcia, jakie wywiera na nim wrażenie. Miała na sobie domową sukienkę, na którą narzuciła cieniutki sweterek. Rozpuszczone włosy opadały w rozkosznym nieładzie na jej ramiona, otulały twarz i szyję, a oczy… Oczy błyszczały w ciemności ciemnym granatem.
- Czego chcesz – zapytała dziewczyna.
Janek milczał. Nie mógł przecież powiedzieć tej obcej dziewczynie, że jedyne, czego w tej chwili chce, to jej. Coś jednak musiał powiedzieć.
- Dziękuję Ci, że wyszłaś tu do mnie. Ja, ja … chciałem cię przeprosić za swoje głupie zachowanie, wtedy, tam na drodze. Nie powinienem był, nie chciałem, a właściwie chciałem… ale zrozumiałem, że to było złe. Wybaczysz mi ?
Tym razem Emilia milczała. Nie wiedziała, co czuje, nie wiedziała, jak ma zareagować. Odpowiedziała zatem po prostu: "Dobra, przeprosiny przyjęte. Może na drugi raz, jak będziesz miał ochotę zaczepić jakąś obcą dziewczynę, pomyślisz, zanim coś powiesz głupiego."
Wtedy Janek wyciągnął do niej rękę. Trzymał w niej coś. Emilia w słabym blasku księżyca zobaczyła porcelanowy kubek, który podziwiała na jarmarku. „Weź go” powiedział Janek. To dla ciebie na znak przeprosin i obietnicy, że będę najpierw myślał, a dopiero potem mówił” Dostrzegając, że Emilka się waha dodał: "Weź proszę, na zgodę. Proszę, Emilio..” Dziewczyna wyciągnęła rękę i wzięła kubek od chłopaka. Szepnęła tylko: „Dziękuję” i odwróciła się z zamiarem pójścia do domu. „Zaczekaj” - z gardła Janka wydobył się chrapliwy szept. I nagle stało się to, co miało się stać, choć dla obojga było to dziwne i nieoczekiwane. Młody mężczyzna przyciągnął ku sobie młodą kobietę, pochylił swoją twarz ku jej twarzy i swoimi ustami zagarnął jej usta. Czuł, jak jej ciało przywiera do jego ciała, jak miękko się w niego wpasowuje i już wiedział, że nigdy przenigdy tej dziewczyny nie zapomni. Emilia, topniejąc w silnych ramionach Janka czuła to samo. Ostatkiem sił oderwała się od niego i przytulając do falującej piersi kubek, uciekła do domu.
Walery wiedział, że tych dwoje w jednej chwili posiadło swoje serca i dusze, ale wiedział też, że nie dane im będzie pójść wspólną drogą.
Piękne wspomnienie Walerego unosiło się nad postaciami Emilii i Weroniki jasną wstęgą i Juliusz już wszystko wiedział i wiele zrozumiał. Spojrzał na obie kobiety ciepło i szepnął do anielskiego brata: „ Da się to wszystko jakoś jeszcze naprawić ?”
- Niezbadane są wyroki Najwyższego – odszepnął Walery. Miłość rodzi miłość, a te kobiety właśnie sobie o jej sile przypomniały.
Cdn...
Jak zawsze pięknie i ciekawie💕
OdpowiedzUsuńŚlicznie dziękuję, Aniu 💞
OdpowiedzUsuń