Emma, Emmusia, Emka to koteczka, która głęboko zapadła nam w serca z różnych względów. Porzucona na placu budowy przez swoją kocią matkę, znaleziona przez W. i przyniesiona do domu w kartonowym pudełku, w którym darła się wniebogłosy z głodu, wparowała do naszego życia z impetem godnym buldożera, choć była malusieńka jak okruszek.
Karmiliśmy ją oboje co kilka godzin, masowaliśmy brzuszek, przygotowaliśmy jej spanko wyścielone miękkim kocykiem, pod którym ukryta była poduszka elektryczna i oczywiście znosiliśmy jej niemowlęce, a potem dziecięce kaprysy. Nie bez problemów z malusieńkiej kruszynki wyrosła duża, piękna kocica z wyrazistym charakterkiem, ale i niecodziennym urokiem.
A potem któregoś dnia poszła sobie na wiosenny spacer i zaginęła. Pomimo szeroko zakrojonych poszukiwań nie znaleźliśmy jej niestety. Pozostała w naszej pamięci. Tak do końca nigdy nie pogodziliśmy się z jej odejściem. Emma, Emmusia, Emka ...
Najcudowniejsza była na wiosnę, kiedy buszowała w ogrodzie, towarzysząc nam w pracach rozmaitych. Polowała na owady, czatowała na polne myszy i wygrzewała się w słoneczku.




chyba na zawsze pozostaje w nas tęsknota za tym lyb tymi, których nie możemy już przytulić. I obojętnie przy zwierzak czy człowiek
OdpowiedzUsuńTo prawda... Pozdrawiam 💕
Usuń