Emilia przytulała do siebie Weronikę, ale jej myśli błądziły w przeszłości, odtwarzając jak na taśmie filmowej wydarzenia sprzed lat. Kobieta popatrzyła na porcelanowe skorupy taplające się w plamie herbaty i poczuła się tak, jakby wraz z kubkiem w delikatny fiołkowy wzór roztrzaskało się jej serce. Poczuła, że coś bezpowrotnie się w jej życiu skończyło, że wraz ze skorupami wyrzuci do śmieci ostatni element niespełnionego, hołubionego przez całe lata marzenia, ukrywanego w najsekretniejszym zakątku jej duszy. Nigdy bowiem nie zapomniała tej czarownej chwili w objęciach młodego Chorwata. Nigdy nie zapomniała smaku jego ust i drżenia jego ciała. Nie zapomniała szybkiego bicia serca tłukącego się w piersiach chłopaka, kiedy ją do siebie tulił. Nic i nikt w następnych latach jej życia nie mógł tego zastąpić. Nawet chwila, kiedy pierwszy raz przytuliła do siebie swoje dziecko, nie potrafiła wymazać z jej pamięci uczucia pełnej przynależności do mężczyzny, którego dobrowolnie opuściła i nigdy nie szukała. A poza tym Weronika patrzyła na nią oczyma swojego ojca i to było jej największą winą.
Emilia nie kochała chłopaka, z którym zaszła w ciążę. Kiedy mu powiedziała, że spodziewa się dziecka, chciał się z nią ożenić, ale ona tego nie chciała. Ku rozpaczy swoich rodziców postanowiła urodzić dziecko i wychować je sama. Wyprowadziła się do domu, który odziedziczyła po swojej babce i kontakt z rodzicami ograniczyła do minimum. Ojciec Weroniki jeszcze jakiś czas dobijał się do serca Emilii, ale bezskutecznie. Wreszcie odszedł. Emilia nie powiadomiła go o narodzinach córeczki. Kiedy dziewczynka miała pięć lat, do Emilii dotarła wieść, że ojciec jej dziecka zginął w wypadku samochodowym. Poczuła wtedy coś na kształt ulgi i zdobyła pewność, że Weronika od tej chwili należy tylko do niej i będzie mogła ukształtować jej życie tak, jak będzie chciała. Nigdy też nie pojechała więcej na wieś do wujostwa. Czasem pojawiała się w jej umyśle myśl, żeby to zrobić, ale szybko ją przeganiała. Dobrze jej było z wyidealizowaną wizją Janka u boku. W jej marzeniach Janek był kimś najwspanialszym na świecie i Emilia bała się zderzenia z rzeczywistością. Lata mijały, a kobieta z roku na rok coraz bardziej gorzkniała, a córka mająca w sobie sporo cech swojego ojca, drażniła ją i swoim wyglądem, i zachowaniem. Uspokajała się tylko wtedy, kiedy dotykała ustami złoconego brzeżku porcelanowego kubeczka podarowanego jej przez młodego Chorwata. Pijąc herbatę albo kawę przenosiła się w myślach do magicznych chwil spędzonych w sadzie wuja Stefana i ciotki Hani. I tylko wtedy, w tym wyimaginowanym świecie było jej dobrze. A teraz wszystko się skończyło. Przedmiot stanowiący pomost między rzeczywistością a marzeniem przestał istnieć. W oczach Emilii zalśniły łzy żalu i tęsknoty, ale ciepło przytulającej się do niej Weroniki budziło w niej zgoła inne uczucia. Kobieta nie wiedziała, co się naprawdę z nią dzieje. Czuła w sobie dziwną siłę i jednocześnie pragnienie, by się na dobre obudzić z letargu, w którym była od lat pogrążona. I choć żal tlił się w jej sercu, wiedziała, że nadszedł czas zmiany. Weronika jej potrzebowała. Emilia czuła, że córka znalazła się dokładnie w takim samym momencie, jak ona przed laty. Że doznaje takich samych uczuć, jak kiedyś ona, borykając się z urazą do chłopaka, który skrzywdził ją złym słowem. Słuchając opowieści córki, odnalazła bolesne podobieństwa i coś jej w głębi serca mówiło, że to dopiero początek historii …
***
Maciek z pochyloną głową, kopiąc niedbale puszkę po piwie, wracał do domu. Przydługa grzywka opadała mu na czoło i przysłaniała zachmurzone zielone oczy. Chłopak był na siebie zły. Zachował się jak gbur, obraził tę dziewczynę, a teraz słyszał w głowie głos swojej matki: „Maciuś, pamiętaj, nigdy nie obrażaj nikogo, zwłaszcza kobiet. Przecież dobrze wiesz, jak mnie bolą twarde słowa twojego taty, kiedy mnie wyzywa, jak za dużo wypije. Ciebie też to boli, prawda?” Bolało. Jego mama była drobną, szczupłą, a w czasie choroby wychudzoną do granic możliwości, kobietą. Patrzyła na świat dużymi, ciemnymi oczyma, które przed śmiercią wypełnione były bólem i niepokojem, co się stanie z Maćkiem po jej odejściu. O swojego męża się nie martwiła. Nie kochał jej. Gdyby nie to, że zaszła z nim w ciążę, nawet nie zapamiętałby krótkiej chwili pijackiej namiętności spędzonej z nią za wiejską remizą. Kiedy jednak okazało się, że Zośka od Stasiaków spodziewa się dziecka, stary Stasiak usiadł z ojcem Janka Chorwata na ławce pod jesionem rosnącym na podwórzu i po męsku wyłożył sprawę. Jak się Janek nie zachowa wobec jego Zośki przyzwoicie, to on mu osobiście kości dokładnie porachuje i rozgłosi po całej wsi, że Janek to tchórz i moczymorda. Stary Chorwat nie rzekł ani słowa, tylko skinieniem dłoni przywołał Janka stojącego nieopodal z pozornie obojętną miną.
- Słyszałeś, synu? - odezwał się ojciec Janka.
- Słyszałem, tato. Ożenię się z Zośką, ale pod jednym warunkiem. Dostanę od ciebie ojcowiznę i wyjedziemy do miasta. I tak się stało. A potem urodził się Maciej. Zosia od pierwszej chwili pokochała go wielką miłością, tym większą, że z twarzyczki dziecka patrzyły na nią oczy jego ojca, ale w przeciwieństwie do obojętnego spojrzenia Janka, oczy synka były ciepłe, ufne i kochające.
Maciek wzrastał otoczony miłością obojga rodziców, ale dla wszystkich było jasne, że matka jest dla niego najważniejsza. Ojciec zawsze był daleki. Dbał o dom, przynosił pieniądze, ale z biegiem lat coraz częściej zaglądał do kieliszka, a kiedy za dużo wypił, robił się wobec żony agresywny i niemiły. Patrzył na nią spode łba i wyzywał od chudych chabet, worka grzechoczących kości, szarych myszy i wiejskich brzydul. Maciek tego nie rozumiał. Jego mama może nie była piękna, ale jej delikatna uroda chwytała za serce i budziła tkliwość. Nie u ojca jednak. Kiedy Zofia zachorowała i wiadomo już było, że przegra walkę z rakiem, stosunek Janka do niej złagodniał. Nawet jakby mniej pił i rozmawiał z żoną częściej niż to wcześniej bywało. Wreszcie, kiedy spoglądał na niknącą w oczach matkę swojego syna, w jego sercu pojawił się żal, że nie dał jej tego, na co zasługiwała, że zlekceważył jej uczucie, a teraz już nie miał czasu, żeby to naprawić. W ostatnią noc poprzedzającą odejście Zofii na zmianę z Maćkiem trzymali Zofię za rękę, próbując obecnością osłodzić jej bolesne chwile. W pewnej chwili Maciek wyszedł z pokoju. Wtedy Zofia otworzyła oczy i spojrzała poważnie na Janka. Z trudem uśmiechnęła się lekko, a potem cicho, tak cicho, że ledwie dobiegł do niego jej szept, zapytała : „Kim była Emilia?” Janek zbladł. Z przerażeniem i smutkiem spojrzał na swoją umierającą żonę i nie mógł wykrztusić z siebie ani jednego słowa. „Całe życie jej zazdrościłam, wiesz ?” - kontynuowała kobieta. Janek milczał, a z oczu płynęły mu łzy. „Wybacz mi” powiedział wreszcie do Zofii . „Wybacz mi, Zosiu”. Kobieta zamknęła oczy, po czym jej chude palce pogładziły grzbiet dłoni męża. Kiedy umarła, Janek zamknął się w ich dawnej sypialni i pił. Pił na umór. Z żalu za straconymi latami, straconymi okazjami, straconą miłością i niespełnionym marzeniem, które jak zadra utkwiło w jego sercu i nie pozwoliło cieszyć się życiem. Potem pozornie życie wróciło do normalności, tyle tylko, że Janek wszystkie sprawy, którymi do tej pory zajmowała się w domu Zofia, przerzucił na syna, a sam pogrążał się w milczeniu i… piciu.
Cdn...

Cudownie się to czyta! Już nie mogę się doczekać kolejnych odcinków i kolejnych opowiadań! :-) Ściskam Cię mocno Anieliczko nasza ex-vitaliowa ;-) i dziękuję, że dzielisz się z nami swoją twórczością. Nie przestawaj proszę :-)
OdpowiedzUsuń💞💞💞💞💞Dziękuję !
UsuńPiękne i wzruszające🙂
OdpowiedzUsuńDziękuję 😘😘😘
UsuńTo prawda,cudownie się czyta. Twoje opowiadania Alusiu bawią, wzruszają ,ale i skłaniają do refleksji.🥰 Pewnie znowu coś namieszałem bo teraz jestem Ania a nie Anka🫣
OdpowiedzUsuńPomieszałaś ciut, ale nie szkodzi, Aniu Anko 😍
Usuń