Juliusz i Walery – niemi świadkowie tej sceny pobledli. Przez ich anielskie oblicza przeleciał cień niepokoju, a skrzydła drgały nerwowo. Juliusz uczynił ze swych skrzydeł coś na kształt schronu i otoczył nimi łkającą cicho Weronikę. Patrzył z wyrzutem na Walerego. Ten natomiast czuł, że ma przyzwolenie na zrobienie czegoś, na co od jakiegoś czasu miał coraz większą ochotę. A była to chęć wyrwania Emilii z emocjonalnego letargu, w jakim się pogrążyła wiele lat temu. Nie wiedział, jak ma to zrobić, ale czuł, że właśnie teraz musi działać. I on także użył swych skrzydeł, ale nie tak jak to uczynił Juliusz. Walery rozpostarł swoje szeroko, a potem uderzył Emilię w czoło, a potem w ramię, a potem w kark i jeszcze raz w czoło. Na koniec sięgnął poniżej pleców, uniósł Emilię do góry i opuścił gwałtownie na siedzisko fotela. Kobieta nie krzyczała. Była zdumiona i przerażona, była poruszona i wstrząśnięta, ale jednocześnie poczuła, że otwierają się w jej głowie, w jej sercu dawno zamknięte drzwi i okna, przez które zaczyna się sączyć dziwne światło. To światło było jasne i złote jednocześnie, ciepłe i orzeźwiające i napełniało ją po brzegi. Emilia rozejrzała się wokół. Za oknem zapadał zmierzch, ale w pomieszczeniu było świetliście. W tym świetle kobieta dostrzegła stojącą już cicho dziewczynę, która była jej córką. Z dłoni dziewczyny ciągle na podłogę kapała krew, a po policzkach toczyły się łzy. Emilia zerwała się z fotela. Poły szlafroka rozchyliły się, ukazując niezbyt ładną koszulę nocną, opinającą się lekko na obwisłych piersiach kobiety. Zbliżyła się do Weroniki i objęła ją, niezdarnie przytulając do siebie. Ciało dziewczyny usztywniło się w nagłym zdumieniu, ale szybko zmiękło, przywierając mocno do matczynej piersi. Z oczu obu kobiet popłynęły łzy, ale nie były znakiem bólu i goryczy. Te łzy były oczyszczające i kojące, na które każda z kobiet czekała od dawna.
Juliusz popatrzył na Walerego z podziwem. Nigdy się nie odważył skarcić i to tak dosadnie, swojej podopiecznej. Wiedział zresztą, że jest to zakazane. Domyślił się jednak, że Walery dostał zgodę na to, co zrobił Emilii. W każdym razie, ucieszył się w imieniu swoim i Weroniki. Anioły spoglądały z cichym zadowoleniem na scenę, która rozgrywała się przed ich oczami. Emilia ciągle przytulała do siebie Weronikę, choć ta już nie płakała, wzdychała tylko głęboko i tkwiła w ramionach matki, jak w bezpiecznej kołysce. Starsza kobieta delikatnie gładziła plecy młodszej i szeptała jej do ucha: „Już dobrze, dziecinko, już dobrze. Nic się nie stało. Już dawno powinnam była wyrzucić ten kubek do śmieci, już dawno.” A potem pociągnęła swoje jedyne dziecko w kierunku stojącej pod ścianą sofy. Usiadła na niej, a Weronice gestem pokazała, żeby ta usiadła przy niej. Dziewczyna wykonała ciche polecenie matki. Emilia ujęła w swoje dłonie skaleczoną dłoń Weroniki, obróciła ją wnętrzem do góry i powiedziała: „Trzeba to opatrzyć. Powinno się szybko zagoić, ale to paskudne skaleczenie.” Dziewczyna tkwiła w bezruchu. Była zdumiona, a w głowie miała pustkę. Nie pamiętała bowiem, kiedy mama była dla niej tak serdeczna i opiekuńcza. Dlatego dziewczyna nie wiedziała, co ma myśleć, a tym bardziej powiedzieć. Milczała zatem i obserwowała Emilię, która raźnym jak na nią krokiem, udała się do łazienki po podręczną apteczkę, a potem sprawnie, ale delikatnie oczyściła ranę, przyłożyła do niej jałowy gazik, a potem obwiązała dłoń dziewczyny bandażem. Od czasu do czasu podnosiła wzrok na twarz Weroniki i uśmiechała się ciepło. To wszystko było tak niesamowicie dziwne, takie piękne i dobre, że oczy młodszej kobiety znowu napełniły się łzami, a te już spokojnym, acz obfitym strumieniem popłynęły po okrągłych policzkach.
W końcu, dziewczyna zachrypniętym od krzyku i płaczu głosem odezwała się do matki.
- Mamo, przepraszam. Przepraszam za to, co zrobiłam, ale nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Miałam taki trudny dzień, spotkała mnie pewna przykrość iii… w tym momencie z głębi ciała Weroniki wydarł się szloch, tak głęboki i bolesny, że przestraszona Emilia spojrzała na córkę z wielkim niepokojem.
- Dziecko, dziecko, co się z tobą dzieje, co się stało, czy ktoś cię skrzywdził ?
I wtedy, Weronika opowiedziała swojej matce zdarzenie z parku. Emilia jej wysłuchała w całkowitym milczeniu, ale jednocześnie z jakimś dziwnym błyskiem w oku.
- Biuściasty pasztet…. Tak cię nazwał ten człowiek?
Kiedy uzyskała od córki potwierdzenie, westchnęła głęboko i skierowała zamyślone spojrzenie w przestrzeń rozpościerającą się za oknem.
- Mnie także dawno temu ktoś tak nazwał” – dodała kobieta.
Kolejny raz fala zdziwienia zalała Weronikę. Ta kobieta, która siedziała obok niej na sofie nie przypominała zupełnie dawnej Emilii. Zniknęło pogardliwe, a jednocześnie cierpiętnicze skrzywienie ust, oczy nie rzucały złych błysków. Kobieta, którą Weronika nazywała swoją matką, zmieniła się w kogoś, kogo dziewczyna nie znała. Patrzyła na nią z niedowierzaniem i pragnęła, żeby ten cud, bo jak to można było inaczej nazwać, trwał jak najdłużej, a najlepiej, żeby po prostu z nimi został.
Cdn...

No pięknie jest! Czekam na dalszy ciąg!
OdpowiedzUsuńDziękuję, Maniu 💞💞💞
UsuńTo prawda, jest pięknie❤️ Twoje opowiadania Aluś, to nie tylko przyjemność czytania , ale też chwilka zadumy i wzruszenia. 🥰
OdpowiedzUsuńŚlicznie Ci dziekuję, Aniu za te ciepłe słowa 💞💞💞
Usuń